Świnka morska mogłaby wrócić na nasze stoły, to idealne mięso dla dzieci – napisał profesor Wydziału Biotechnologii

Łukasz Łuczaj jest etnobotanikiem, propagatorem dzikiej kuchni, łąk kwietnych i profesorem Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Profesor interesuje się kulturą ludową i prowadzi badania etnograficzne. Pisze także ciekawy blog, na którym dzieli się swoją bogatą wiedzą na temat natury, tradycyjnej medycyny, kuchni i kultury ludowej.

Ostanio wiele kontrowersji wzbudził jego wpis na temat tradycji jedzenia świnek morskich na terenach Podkarpacia.

Pierwszy raz o jedzeniu u nas świnek morskich natknąłem się w książce Henryka Olszańskiego „Zamieszańcy. Studium etnograficzne”

Zamieszańcy byli Rusinami zamieszkującymi kilka wsi między Rzeszowem i Krosnem, na Pogórzu Dynowskim. Odcięci byli od głównego żywiołu ludności ruskiej-ukraińskiej dalej na wschód i otoczeni wsiami polskimi, stąd byli „zamieszani” pomiędzy wsie polskie.

Profesor dzieli się ze swoimi czytelnikami wiedzą na temat tego, że ta grupa jadła świnki morskie. Opisuje fakty historyczne i analizuje tropy zachowane w źródłach na ten temat.

Ale to wszystko nie byłoby niczym szczególnym gdyby nie zakończenie blogowego wpisu, który kończy słowami:

Osobiście uważam, że świnka morska mogła by wrócić na nasze stoły, analogicznie do domowych królików. Jedząc samodzielnie hodowane mięso, wiemy co jemy, jest to idealne mięso dla dzieci. Świnka jest kilka razy lżejsza od królika (zwykle waży 1 kg), jest więc mięsem podzielnym. Z jednej świnki można na przykład zrobić dla dzieci rosół na niedzielę. Bez trudu w dużym mieszkaniu można wyhodować kilkadziesiąt świnek morskich rocznie, po jednej na każdy weekend. Świnki morskie nie skaczą jak króliki, nawet ściana 25-30 cm uniemożliwia im ucieczkę. Są trochę bardziej ciepłolubne niż króliki, choć znane są wolnowybiegowe hodowle świnek (ale mających nory) w Anglii.

Po czym dodaje:

Wiem, że świnki morskie to sympatyczne zwierzątka. Jeśli jesteś wegetarianinem, to zignoruj mojego posta. Jeśli jednak dajesz swojemu dziecku codziennie wieprzowinę czy kurczaki hodowane na amerykańskiej kukurydzy i soi, i trzymane w nieludzkich warunkach, to zastanów się. Może lepiej założyć dużą rodzinną hodowlę świnek morskich?

Jak łatwo się domyślić pod wpisem posypały się komentarze odsądzające autora od czci i wiary. Jako, że są moderowane autor zaakceptował tylko najłagodniejsze z nich, ale i tak płynie z nich oburzenie i niedowierzanie.

Po czasie autor dodał dopisek o treści:

Po publikacji tego artykułu dostałem wiele obelg i pogróżek. Nie martwcie się, nie zabiłem (jeszcze) ani jednej świnki, mój artykuł ma charakter historyczno-praktyczny. Co łagodniejsze zaakceptowałem, możecie je sobie przeczytać poniżej. Dostałem też kilka ciekawych informacji od czytelników. (…) Ewidentnie więc zasięg hodowli mięsnej świnki morskiej obejmował znaczną część Galicji.

Podsumowanie także zaskakuje:

W najbliższym czasie będę przygotowywał pismo do władz o włączenie tego gatunku do listy zwierząt gospodarskich, do którego dołączę listę podpisów osób, które zechcą taki list firmować.

I publikuje obraz „Ostatnia wieczerza ze świnką morską. Obraz w katedrze w Cusco w Peru, autor Marcos Zapata”.

Co sądzicie o pomyśle i inicjatywie profesora?