Zachowałam swoje „dziewictwo” do ślubu i wszystko poszło świetnie – dopóki to się nie stało

W 1993 roku, w wieku 14 lat, złożyłam przysięgę.

Obiecałem nie uprawiać seksu do nocy poślubnej i wyjść za mężczyznę, który także dotrzyma tej obietnicy.
Uczono mnie, że moje ciało należy przede wszystkim do Boga, a któregoś dnia będzie należało również do mojego męża.

Nigdy nie słyszałam, że moje ciało należy do mnie.

Byłam jedynie strażnikiem, strzegącym mojej czystości w służbie mego Boga i przyszłego małżonka. Na lewym palcu serdecznym nosiłam srebrny pierścień jako zewnętrzny symbol mojej obietnicy.

Byłam głęboko zanurzona w kulturze czystości, podobnie jak moi starsi bracia i wszyscy nasi przyjaciele.

Moi rodzice byli pobożnymi chrześcijanami, a cała nasza edukacja seksualna koncentrowała się wokół abstynencji i przygotowań do zostania żoną i matką. Moi rodzice otwarcie rozmawiali o seksie w domu, wyjaśniali szczegóły stosunku, mówili, że nie ma się czego wstydzić, pod warunkiem oczywiście, że dotyczy małżeństwa.

Wpojono mi, że seks poza małżeństwem jest najgorszą rzeczą, jaką mogłabym zrobić.

I chociaż doceniałam szczerą (według ich standardów) rozmowę moich rodziców, byłam również bardzo świadomy, że musiałem całkowicie wyłączyć wszelkie seksualne potrzeby, aby zachować bezcenne dziewictwo.

I udało się. Stałam się strażniczką moralności i czystości.

Gromadziłam wokół siebie podobnie myślących przyjacół, a nawet zachęcałam do złożenia przysięgi, sama kupowałam im pierścionki jeśli nie było ich na nie stać. To było dla mnie jak życiowa misja.

Byłam 28-letnią dziewicą w dniu ślubu.

Kiedy zameldowaliśmy się w naszym fantazyjnym hotelu, czułam, jakbym dawała temu pięknemu mężczyźnie, mojemu rycerzowi w lśniącej zbroi, najcenniejszy, szlachetny, szczególny i najbardziej niezwykły prezent ode mnie. Byłam dumna. Zrobiłam to… Nosiłam mój pierścionek jak symbol honoru.

A potem poczułam się pusta.

Moje dziewictwo było kamieniem węgielnym mojej tożsamości, pasji, zaangażowania i życiową misją, a po kilku minutach zniknęło na dobre.

Nie chodzi o to, że jest nam źle. Oczywiscie nie mam porównania. Ale jest namiętność, komunikacja i orgazmy. Ilekroć reszta naszego małżeństwa doświadcza niszczycielskich trudności i apokaliptycznej katastrofy, seks pozostaje stałym źródłem więzi i przyjemności i jest rzeczą, która konsekwentnie nas łączy, gdy wszystko inne się psuje.

Ale zachowanie dziewictwa miało poważne konsekwencje.

Zostaliśmy zindoktrynowani kulturą czystości. Jako kobieta przeszłam pranie mózgu, miałam wierzyć, że wszystko, co wiąże się z seksem, jest grzeszne i złe. A potem nagle w jednej chwili podczas nocy poślubnej miał się przestawić jakiś wyimaginowany przełącznik w mojej głowie, bym stała się nagle boginią seksu.

Możecie sobie wyobrazić, jak może wyglądać noc poślubna i interakcje seksualne takich kobiet. Ale ponieważ nasze ciała nie należą do nas, to nie ma znaczenia. Liczą się przecież tylko potrzeby i pragnienia naszych mężów. Ich dobro, przyjemność, ich ego, ich pewność siebie, ich męskość, ich swoboda, wygoda, orgazmy.

Dziesięć lat zajęło nam odwrócenie naszego wspólnego przekonania, że ​​należę do męża!

I, podobnie jak w przypadku każdego procesu dekonstrukcji, był on brutalnie bolesny i często katastrofalny. Przeoczyliśmy i pomijaliśmy fundamentalne i niezbędne prawdy o sobie nawzajem, wszystko dlatego, że zapatrywaliśmy się tylko na cel: czyste życie.

Nauki, które oboje otrzymaliśmy zniechęcają kobiety do rezygnacji z seksu bez ważnego, uświęconego powodu. Kiedy więc mój mąż chciał seksu, moja odmowa bez uzasadnionego powodu była nie do przyjęcia, ani dla niego ani dla mnie. Ale tylko moja odmowa – on mógł odmówić w dowolnym momencie, kiedy tylko chciał. Był mężem, przywódcą, moim duchowym okryciem i obrońcą.

Myśli o odmowie wywoływały sztywny, pradawny edykt grający w mojej głowie w kółko:

Żony, poddajcie się swoim mężom.

Koniec.

Kropka.

Wstyd i strach, które narastały podczas wychowania w kulturze czystości, odizolowały mnie od moich rówieśników, podporządkowały mnie mężowi, okradły z autonomii i odcięły od Boga.

Wypracowałam swoją seksualność, tożsamość, autonomię i partnerstwo chodząc na terapię przez dziesięć lat. Trzymam swoją córeczkę, patrzę jej w oczy i mówię do niej słowa, które sama chciałam usłyszeć.

Jesteś pełna.

Szanuję Cię.

Twoje ciało i twoje pragnienia należą do Ciebie.

Jesteś godna miłości i wolności.

Należysz do siebie.

Doświadczaj, odkrywaj świat, ucz się go sama.

Jesteś całkowicie wystarczająca.

Robiąc to, czuję, że trochę się leczę, odzyskuję tożsamość, wychodzę ze wstydu i wracam do SIEBIE.

Źródło: upworthy.com